poniedziałek, 26 czerwca 2017

#43 - Kadrowy sprawdzian.

Siedzieliśmy na zacienionej części boiska, aby uciec przed skwarem. Jak na tą porę roku, temperatura była zabójcza. Czekał nas już tylko ostatni trening przed dalekim wyjazdem na mecz kadry. Po raz czwarty otrzymałem powołanie na mecz mistrzowski kadry ZZPN, tym razem po raz pierwszy jako zawodnik szczecińskiej Pogoni. Wyselekcjonowana przez trenera 18-tka nie różniła się prawie niczym w porównaniu do tej, która powoływana była na mecze jesienne. Wciąż zatem zastanawiałem się, jaki plan ma na mnie trener Piotr...

"Słyszałem, że się w końcu odblokowałeś? Czemu akurat wtedy, kiedy mnie nie było? Mam nadzieję, że w końcu dasz mi szansę, żebym na żywo zobaczył jak trafiasz, hmm?" - powiedział do mnie nasz szkoleniowiec, wyraźnie zaznaczając nutę ironii w swojej wypowiedzi, jak to miał w zwyczaju. Po krótkim treningu szybko udaliśmy się do autokaru, by udać się w kilkugodzinną podróż do Więcborka. Spotkanie z Kujawsko-Pomorskim ZPN miał odbyć się dopiero nazajutrz, jednak uważałem to za dobry pomysł, by na miejsce udać się o wiele wcześniej - aby poznać boisko, klimat i mentalnie przygotować się na to spotkanie. Podczas długiej podróży prawie bez przerwy graliśmy w karty. Niejeden z nas myślał po tym już nie o meczu, ale o kwocie, jaką wypłaci mu kolega po powrocie.

Okolica była malownicza. Tuż po przyjeździe udaliśmy się na obiad, a następnie na spacer wokół tamtejszego jeziora, wzdłuż leśnego szlaku. Każdy z nas zarobił kilka ukąszeń natrętnych komarów, jednak tego dnia nic i nikt nie mógł już zepsuć. Zostałem ulokowany w 4-osobowym pokoju. Gdy wieczór powoli się zbliżał, a niebo pokolorowane było na krwisto, zostałem poproszony przez trenera na krótką pogawędkę. Usiedliśmy na środku naszego ośrodka przy drewnianym stoliku, z którego mieliśmy idealny widok na taflę jeziora. Byłem zdenerwowany, ale jednocześnie podekscytowany tym, co za chwilę mogę usłyszeć...

"Jutro wyjdziesz w pierwszym składzie. Zasłużyłeś sobie na tą szansę, wykorzystaj ją. Wyśpij się dzisiaj dobrze, to będzie ciężki mecz." - nie dowierzałem własnym uszom. Tej nocy niezwykle ciężko było mi usnąć, głowę wypełniały mi najrozmaitsze myśli na temat jutrzejszego spotkania. Obmyślałem plany, wizualizowałem sobie jak trafiam do siatki, jak cieszę się po golu. Chciałem sprawić, by nikt nie miał złudzeń, że na tą szansę faktycznie zapracowałem, i wykorzystałem ją należycie...

***

Było piekielnie gorąco. Podczas rozgrzewki pot lał się ze mnie strumieniami. Oddychało mi się niezwykle ciężko. Nie pomagał też fakt, że miałem na sobie nowe, jeszcze nie do końca rozbite korki. Prawie zawsze, gdy na mecz zakładałem świeżo zakupione obuwie strzelałem gola, uznałem to więc za dobry znak. Nastroje wszystkich zawodników były bojowe. Każdy z nas wiedział, jak wielkie znaczenie ma ten mecz. Wygrana gwarantowała nam wyjście z grupy i awans do turnieju finałowego już po czterech meczach. Od wielu lat nie udało się to żadnej drużynie, reprezentującej najstarszy rocznik kadry wojewódzkiej ZZPN. W szatni dudniła motywująca muzyka, każdy mówił patetycznym tonem, poklepując po plecach pozostałych, zagrzewając do walki. Nasz okrzyk był tak głośny, a nasze głosy przepełnione adrenaliną, że do dziś na wspomnienie tej chwili mam ciarki. Podobnie jak miałem je wtedy. Serce waliło niczym młot, gdy wchodziłem na murawę. Tego dnia miałem również nowy numer na koszulce. W poprzednich spotkaniach wychodziłem z "13-tką", tym razem na moich plecach widniał numer "7". Rozbrzmiał pierwszy gwizdek sędziego...

Od początku meczu miałem pod górkę. Krok w krok stąpało za mną dwóch obrońców, oboje bardzo szybcy, silni i więksi o głowę. Każde starcie z nimi było nie lada wyzwaniem. Pamiętam, jak w początkowych minutach wyskoczyłem do pojedynku główkowego, a po sekundzie wylądowałem ogłuszony na ziemi po spotkaniu z łokciem obrońcy wymierzonym prosto w moją skroń. Dłuższą chwilę zajęło mi, by pozbierać się z ziemi i wrócić do siebie. Wiedziałem, że nie będzie dziś łatwo o zdobycz bramkową...

Przez dłuższy okres czasu gra toczyła się w środkowym sektorze boiska, co jakiś czas otrzymywałem tylko prostopadłe piłki, które albo przechwytywali obrońcy, albo nie potrafiłem zamienić ich na nic więcej niż aut lub rzut rożny. W pewnym momencie jednak udało się przebić przez zasieki obronne rywali, po krótkim dryblingu któregoś z naszych środkowych pomocników otrzymałem mocne, płaskie podanie. Trawa była sucha i przydługa, w związku z czym piłka nie miała poślizgu i błyskawicznie wytrącała swoją moc. Początkowo chciałem zagarnąć ją i pognać w kierunku bramki, jednak nagle zwróciłem się w stronę własnej połowy. Zrobiłem krok w przeciwną stronę od kierunku ataku, kątem oka widziałem Marcina Gałkowskiego, jak sprintem biegnie lewą flanką, wychodząc mi za plecami. Czas jakby zwolnił... Nie spoglądając w kierunku Marcina, zagrałem mu piłkę na wolne pole piętką, między zdezorientowanych stoperów. Szybki jak błyskawica "Gała" dopadł futbolówkę, podprowadził ją jeszcze kawałek i huknął z ostrego kąta, pakując ją wprost w okienko! Rzuciliśmy się na niego całą drużyną, celebrując bramkę, a ja nie posiadałem się z radości po zanotowaniu najpiękniejszej asysty swojego życia! Po kilku chwilach sędzia zakończył pierwszą połowę spotkania. W drodze do szatni trener powiedział do mnie "Damian, powiedz mi, jak ty to zrobiłeś?!". A przecież nigdy nie był fanem "angielek" i innych ekwilibrystycznych zagrań...

Przebieg drugiej połowy wyglądał podobnie, jak pierwsza część spotkania. Wymienialiśmy ciosy, jednak żadna z drużyn nie potrafiła skierować piłki do siatki. Byłem już solidnie poobijany, obrońcy tego dnia nie dawali mi nawet chwili wytchnienia. Trener zauważył moje zmęczenie, więc około 60-tej minuty gry – opuściłem boisko. Resztę wydarzeń oglądałem już z perspektywy ławki. KPZPN zaczął mocniej naciskać, spychając nas do głębokiej defensywy. 10 minut przed końcem po niefortunnej interwencji jednego z naszych obrońców piłka wylądowała w siatce i mieliśmy wynik remisowy. Rywale na tym nie poprzestali. Ten sam obrońca, który tuż przed chwilą nie zdołał wybić piłki z linii bramkowej, został tym razem nastrzelony z bliskiej odległości. Futbolówka odbiła się od niego, po czym wturlała do bramki obok naszego kompletnie zdezorientowanego golkipera... Zostało kilka minut gry. Nasza drużyna rozpaczliwie atakowała, jednak bez skutku. W ostatniej akcji meczu, szczęśliwie dla nas akcję oskrzydlająca wykończył nasz kapitan – Krystian Peda, ratując jednopunktową zdobycz. Razem z trenerami pobiegliśmy w narożnik, by cieszyć się z szczęśliwego zakończenia. Mecz zakończył się wynikiem 2:2 – przybliżył nas on do finałów, jednak pozostałe mecze ułożyły się w ten sposób, że wciąż nie mogliśmy czuć się bezpieczni.


Podczas podróży powrotnej do Szczecina rozmyślałem nad swoim występem, z którego byłem zadowolony, i myślę że mój trener – również. Zdałem kolejny sprawdzian. Tym bardziej cieszył fakt, że przedarłem się do wyjściowej jedenastki kadry wojewódzkiej, przez co miałem prawo czuć się najlepszym napastnikiem mojego rocznika w województwie. Snułem już marzenia o kolejnych sukcesach poza klubem, nie było przecież lepszej możliwości, by pokazać się jeszcze wyżej, niż zdobywając Mistrzostwo Polski z kadrą. Było ono wtedy moim pragnieniem – celem, który mieliśmy szansę zrealizować. Kolejną okazję na występ w barwach ZZPN miałem otrzymać już niedługo, 4 czerwca 2013 roku... Nie miałem wtedy pojęcia, że data ta zostanie wyryta ciężkim dłutem w mojej pamięci już na zawsze...


1 komentarz:

  1. Kurcze, potrafisz tak zakończyć, że czytelnik chce dowiedzieć się co ma dalej nastąpić. Ogromny plus dla Ciebie ;)
    Powiem szczerze - do piłki nożnej nigdy mnie zbytnio nie ciągnęło (no chyba że na wf-ie gdy nauczyciel pytał w co chcemy zagrać). Eurosport i podobne programy w domu lecą 24/7 więc również zdarzy mi się zobaczyć jakiś mecz, ale nie mam jeszcze wyrobionego słowniczka piłkarskiego więc czasem przy czytaniu Twoich wspomnień mam zagwozdkę "czy ja to pojęcie dobrze rozumiem?". Może byś dodał w osobnej zakładce coś na kształt słowniczka dla takich zielonych jak ja? ;)
    To co piszesz naprawdę przyjemnie się czyta i chce się do tego wracać. Gratuluję, bo nie każdy posiada taki talent. Jak widać masz dwa talenty - do piłki i do pióra.
    Pozdrawiam ;)

    OdpowiedzUsuń