niedziela, 18 czerwca 2017

#42 - Kamień z serca.

1 maj, 2013 rok. Ledwie 3 dni po meczu w Stargardzie przyszło nam mierzyć się na własnym boisku z MKP Szczecinek - tą samą drużyną, której jeszcze w barlineckich barwach kilka miesięcy wcześniej zaaplikowałem 3 bramki. Od zawsze lubiłem pojedynki przeciwko nim, liczyłem więc na to, że w końcu mój licznik strzelecki odblokuje się na dobre...


Wyjątkowo, ze względu na pilny wyjazd naszego szkoleniowca, akurat tego dnia naszą drużyną zarządzał trener Paweł Cretti. Zastosował się on do poleceń trenera Łęczyńskiego odnośnie pierwszej jedenastki. Nie zawiodłem się - po raz kolejny moje nazwisko widniało na szczycie meczowej formacji.

Ten dzień był wyjątkowo upalny. Powietrze stało w miejscu, niebo było praktycznie bezchmurne. Od pierwszego gwizdka sędziego nasza drużyna zaczęła jednak mocno atakować. Dobrze wszedłem w mecz, zaliczając kilka udanych dryblingów. Obrońcy ewidentnie za mną nie nadążali. Nie musiałem długo czekać, by mój serdeczny kolega z drużyny przeciwnej - Igor - wyciął mnie równo z trawą swoją spóźnioną interwencją. Z uśmiechem na ustach pomógł mi wstać, poklepał mnie po ramieniu i wrócił na swoją pozycję. Otrzepałem się z boiskowego kurzu i również udałem się pod pole karne, by szukać okazji na swojego debiutanckiego gola...

Minuty powoli upływały, żar lał się z nieba, a my wciąż nie mogliśmy napocząć przeciwnika. Powoli rozgrywaliśmy piłkę wzdłuż szerokości boiska, gdy nagle nasz lewy obrońca - Mateusz - zabrał się niespodziewanie z piłką wzdłuż linii bocznej. Wyszukał mnie wzrokiem, już w tym momencie wiedziałem co mam zrobić. Zerwałem się ile sił w nogach do prostopadłego podania, które przeszło zdezorientowanego obrońce. Podanie okazało się zbyt mocne, ponieważ zmierzało wprost pod nogi wychodzącego z bramki golkipera. Biegłem sprintem dalej, wierząc, że może jednak dopadnę do piłki przed nim... Byłem już blisko. Piłka na styk. Kątem oka widziałem, jak rywal bierze zamach, by wybić piłkę daleko przed siebie... Jakimś cudem udało mi się trącić piłkę czubkiem buta zanim zrobił to bramkarz. Piłka nieubłaganie zmierzała w stronę linii końcowej, jednak udało mi się ją zatrzymać tuż przed linią. Spojrzałem w stronę pustej bramki, rywal wciąż wracał na posterunek. Lekko wysunąłem piłkę przed siebie, po czym niemal z zerowego kąta, wewnętrznym podbiciem skierowałem ją do siatki! Cała scena trwała ledwie kilka sekund, jednak potrafię odtworzyć ją w pamięci z każdym detalem, niemal klatka po klatce, jakby to był film w slow motion... Udało mi się! Biegłem w stronę "Królika", który asystował mi przy golu, krzycząc do niego, a poniekąd do siebie " W KOŃCU! K***A W KOŃCU!". Teraz mogło być już tylko lepiej...

Kamień spadł mi z serca. Od tej pory grałem z polotem, lekkością i bez presji. Wraz z kolegami rozpoczęliśmy prawdziwą kanonadę - po 30 minutach było już 3:0. Tym razem prowadziliśmy akcję prawym sektorem boiska. Szybka wymiana podań. "Klacik" posłał mocne, wysokie dośrodkowanie. Piłka przeleciała nad obrońcami, spostrzegłem, że może przelobować również bramkarza. Tak też się stało, futbolówka spadała na wolne pole bramkowe, nie dokręcała się jednak w stronę bramki. Urwałem się z pod krycia, po czym z impetem rzuciłem się na piłkę "szczupakiem", już po raz drugi pakując ją do siatki!

Na przerwę schodziliśmy z 4-bramkową zaliczką oraz uśmiechami na twarzy. Ze wszystkich to mój był najszerszy. Trener Cretti chwilę jeszcze rozmawiał przez telefon z trenerem Piotrem, notując coś na kartce. Gdy skończył, przeczytał z niej kilka nazwisk. Wśród nich znalazło się również i moje. "Wszyscy Ci, których nazwiska przeczytałem - schodzą w przerwie". Myślałem, że się przesłyszałem. Dopiero co zaaplikowałem rywalom dwa gole, i dostaję wędkę w przerwie?! Złość miałem wymalowaną na twarzy. Zresztą nie tylko ja. Trener spostrzegł to, i szybko wyjaśnił, że wynik jest już bezpieczny, w związku z czym należy oszczędzić nieco naszych sił, którę bardziej przydadzą się na meczu kadry województwa za kilka dni. Interpretowałem to zdanie przez dłuższą chwilę, po czym moja złość przemieniła się w pewnego rodzaju ciekawość i zadowolenie...

Resztę spotkania obejrzałem już z perspektywy ławki rezerwowych. Cały czas zadawałem sobie pytania - Czy trener chce dać mi szansę w pierwszym składzie kadry ZZPN? Czy podołałbym temu wyzwaniu?... Z zamyślenia wyrwał mnie gwizdek końcowy. Cały mecz wygraliśmy 8:1. Wracając do domu wiedziałem, że już za kilka dni dowiem się, czy będzie mi dane wykonać kolejny milowy krok w stronę sukcesu...

8 komentarzy:

  1. Hej Damian, widzę, że to jedyna notka w tym roku i to wspominkowa. Grasz jeszcze? Jak kariera?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cześć! Nie jest łatwo wrócić do sportu po dwóch, ciężkich operacjach - jednak po wielu miesiącach rehabilitacji udało mi się. Od przyszłego sezonu mam nadzieję wrócić na większe obroty. Dzięki za komentarz, wpadaj częściej! :)

      Usuń
  2. Blog prowadzony z pasją i dzielenie się nią daje dużo satysfakcji zarówno piszącemu jak i czytelnikom :-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Całkiem nie moja bajka, ale Twoja relacja trzymała w napięciu! :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Dobre wspominki! Takie chwile to jest coś. Rozumiem, że ostatnie zdanie, niestety, niekoniecznie sie spełniło jak byś chciał?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Całość historii powoli zaczyna nabierać kształtu, wpadnij tu czasem, na pewno dowiesz się jak potoczyła się reszta wydarzeń. Pozdrawiam! ;)

      Usuń
  5. Bardzo lubię czytać o pasji pisanej przez człowieka, który tą pasją żyje. Przyjemnie i szybko się czytało te wspomnienia. Pisz częściej, bo masz do tego również talent - a przy okazji możesz kogoś zarazić piłkarskim zainteresowaniem :)
    Sukcesów w sporcie i zdrowia, byś dalej ten piękny sport mógł rozwijać w swoim życiu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo miło czyta się również takie komentarze, dzięki! Wzajemnie, wszystkiego najlepszego i do następnego! :)

      Usuń