czwartek, 4 sierpnia 2016

Dziękujemy, trenerze.

4 sierpnia, 2015. Byliśmy wtedy na obozie w Szczecinku. Drugi dzień. Męczące upały. I piekielnie smutne wiadomości z Barlinka. Zamiast skupić się na walce o miejsce w składzie i pracy nad formą, oboje z Deckiem zachodziliśmy w głowę, zadając sobie pytanie bez odpowiedzi – Dlaczego? Żaden z nas jeszcze kilka dni wcześniej nie podejrzewałby, że tego właśnie dnia, odejdzie od nas wspaniały trener, a przede wszystkim – wielki człowiek...

                                                                                 ***


Nasze drogi zeszły się po raz pierwszy podczas obozu w Szczyrku. Miałem wtedy 12 lat. Szczególnie w pamięci utknął mi jeden z treningów na trawiastej murawie. Oczywiste jest, że każde ćwiczenie mieliśmy wykonywać na przemian – raz lewą, raz prawą nogą. A jeszcze większą oczywistością jest, że większość 12-letnich adeptów piłki kopanej będzie robił po swojemu. I tak robiłem i ja, nawet nie zwracając na to większej uwagi. Raz lewa, trzy razy prawa. Albo 3 razy prawa i znowu prawa. Zdziwiłem się, gdy podszedł do mnie trener najstarszej grupy – trener Tomek. Uśmiechnął się i powiedział, bym więcej używał lewej nogi. Ciekawe po co – pomyślałem. Dowiedziałem się tego na testach końcowych. Jednym z zadań, był strzał słabszą nogą w wyznaczony sektor w okienku bramki. Trafiłem raz. Na 10 prób. Tomas – jeden z chłopaków, trenowanych właśnie przez trenera Tomka, trafił 9. Nic więcej chyba nie muszę dodawać.

Powoli przebijałem się przez kolejne szczeble piłkarskiego rozwoju. W wieku 14 lat, zadebiutowałem w drużynie juniorów młodszych rocznika 95, który występował w Wojewódzkiej Lidze Juniorów. Awans do niej, po raz pierwszy od dobrych kilkunastu lat, wywalczył przed kilkoma laty nie kto inny, niż trener Nowicki. W tym samym czasie rozpocząłem naukę w gimnazjum, gdzie pan Tomek był nauczycielem wychowania fizycznego. Przypuszczam, że nie było mu łatwo powoływać do reprezentacji szkoły chłopaka z klasy matematycznej kosztem chociażby uczniów swojej własnej klasy sportowej, której był wychowawcą. Był nie tylko dobrym trenerem, bo i właśnie w wychowawstwie spisywał się równie dobrze. Odkąd pamiętam, na każdych zawodach była dyscyplina. I wyniki. To podczas jego opieki nad szkolną reprezentacją, szkoła święciła jedne z największych sukcesów w swojej historii. I nie będzie w tym nawet odrobiny przesady, jeżeli powiem, że każdy z nas, właśnie dzięki niemu rozwijał skrzydła. Pamiętam, że już w pierwszej klasie zaryzykował, stawiając na mnie, powierzając mi odpowiedzialność czwartej, ostatniej zmiany w sztafecie 4x100m. Jako jeden z nielicznych dostrzegł we mnie potencjał szybkościowy. Odpłaciłem się mu za to dwa lata później, zdobywając Mistrzostwo Powiatu na 100m. Do dziś pamiętam 18 odliczonych kroków od strefy zmian.

Na każdych zawodach, w których miałem zaszczyt uczestniczyć, dawał z siebie 110% jako trener i wychowawca. Nieważne, czy graliśmy pierwszą rundę eliminacji do Coca-Coli Cup z pobliskimi wioskami, czy był to już ćwierćfinał etapu wojewódzkiego. Podczas właśnie jednego z takich meczów z przysłowiowymi „kelnerami”, wygrywaliśmy już 10:0. Zdarzyło mi się wtedy bardzo niecelnie podać. Przez najbliższe pół godziny miałem ochotę zapaść się pod ziemię po wykładzie, jaki po tym podaniu mi zafundował. Właśnie tak kształtuje się piłkarskie charaktery. Teraz mogę mu tylko za to podziękować.

Właśnie, nawiązując do Coca-Coli i całej masy innych turniejów – Jak to w każdej szkole zazwyczaj bywa, na wszystko, co związane ze sportem nie ma pieniędzy. I tym właśnie brak możliwości naszego wyjazdu na Drużynowe Mistrzostwa Województwa w Lekkiej Atletyce umotywowały szanowne władze naszej ukochanej szkoły. Mieliśmy jedną z najmocniejszych ekip, jaką kiedykolwiek ta szkoła miała. Czuliśmy, że mamy duże szanse na sukces. Tym większą motywacją były dodatkowe punkty do szkół średnich, a także stypendia finansowe, jakie mogliśmy zgarnąć za miejsce na podium. Byliśmy tak zdesperowani, tak mocno nastawieni na te zawody, że każdy z nas zgłosił chęć wyjazdu nawet za własne pieniądze, cholernym Paan Busem, byle by tylko pojechać i wziąć udział. JEDYNĄ osobą, która poparła nasz pomysł, a wręcz zdecydowała się z nami pojechać i być naszym opiekunem, był właśnie Pan Tomasz. Potrzebne było tylko zwolnienie na jeden dzień ze szkoły. Nie otrzymaliśmy go. Szansa przepadła. Do końca życia będę miał o to zadrę i żal do pewnych osób, a do Pana Tomka szacunek i wdzięczność. W takich właśnie chwilach widzisz, komu zależy na twoim rozwoju, a kto patrzy jedynie na własny koniec ogona.
Gdy mój transfer do Pogoni Szczecin - który był swoją drogą pewną rewelacją w barlineckiej rzeczywistości - doszedł do skutku, jedną z niewielu osób, która wierzyła we mnie i nie doszukiwała się w tym wszystkim przekrętu, był właśnie on. Po każdym rozegranym w granatowo-bordowych barwach meczu nie podchodził do mnie jak każdy inny z pytaniem „Strzeliłeś coś?” i nie odchodził z ukrywanym uśmiechem, gdy na przykład odpowiadałem, że tym razem się nie udało. Często rozmawialiśmy o wrażeniach z gry, treningach, stylu, taktyce, rozwoju. Widziałem, że ma szczere i dobre intencje, doceniałem to.

Lato, 2015. Po operacji kolana, przebojach w szczecińskiej Pogoni, po nieudanej czwartoligowej przygodzie w Hutniku, wylądowałem w SALOSie. Byłem świeżo po wyleczeniu poważnego skręcenia stawu skokowego, zbliżał się nowy sezon. Razem z moim największym kibicem i przyjacielem – moim tatą, uznaliśmy, że potrzebuję indywidualnego treningu by wrócić do formy, nabrać świeżości i jeszcze raz podjąć próbę zawojowania piłkarskiego świata. Pierwszą i prawdopodobnie jedną z bardzo niewielu osób, którą dało się przekonać do pomocy mi w tym zadaniu, był trener Tomek. Chętnie podjął ze mną treningi, kilka razy w tygodniu. Mimo tego, że w międzyczasie prowadził też zajęcia z chłopakami na obozie u Milana Zaplatinka i borykał się z jednym z najcięższych wyzwań, jakie kiedykolwiek stanęło przed obliczem lokalnego futbolu w naszej miejscowości. Od ponad roku nie istniała już „Pogoń” Barlinek. Upadła, przez długi i złe zarządzanie. Feniks powstał z popiołów pod postacią Centrum Rozwoju Sportu. Cały projekt powstał głównie dzięki niemu - jego zaangażowaniu i determinacji. Na dniach chłopaki rozpoczną walkę o drugi z rzędu awans. Dla niego.

Na treningach trener Tomek wymagał ode mnie wiele. Każde podstawowe ćwiczenie powtarzaliśmy setki razy, od początku. Czasami wręcz irytowało mnie, gdy czepiał się o to, że tym razem nie dograłem mu piłki do rąk, mimo tego, że poprzednie kilkadziesiąt razu wyszło mi to bez zarzutu. Szczególnie miło wspominam nasze gierki w siatkonogę na koniec każdego treningu. Zawsze przegrywałem. Na ostatnim naszym wspólnym treningu, przegrałem jednym punktem. Na odchodne, przez szeroki uśmiech rzuciłem mu, że jeszcze kiedyś zagramy i tym razem to ja wygram... Po kilku dniach wyjechałem na obóz do Szczecinka.

                                                                                 ***

W pewnym sensie do dziś mam do siebie żal, że nie mogłem być na jego ostatnim pożegnaniu. Chciałem to jakoś nadrobić. Zaraz po powrocie do Barlinka, wsiadłem w samochód i pojechałem na cmentarz. Przez dobre kilkadziesiąt sekund wahałem się z przejściem przez bramę. Po raz pierwszy bałem się tam wejść. Zmiękły mi nogi. I serce. Czułem drganie ust i nieustanną walkę z łzami. Nie potrafię wytłumaczyć dlaczego. Nie miałem bladego pojęcia, w którym miejscu szukać. Zacząłem od końca. Na poszukiwaniach spędziłem blisko pół godziny. Przez cały ten czas czułem jak szybko i mocno bije moje serce. Puls przekroczył skalę, gdy z daleko ujrzałem przeogromny stos bukietów, wiązanek i setki zapalonych zniczy. Przez kilka minut ryczałem jak bóbr. Nie wstyd mi się do tego przyznać. Płakałem dokładnie tak samo, jak setki, jak nie tysiące ludzi, które kilka dni wcześniej uczestniczyły w pogrzebie. To tylko ukazuje jak dobrym był człowiekiem. Dla mnie był jedną z najważniejszych osób w mieście. Jedną z nielicznych, która była prawdziwa w tym co robi, i która dla idei i pasji potrafiła oddać całe swoje serce. Która potrafiła to zrobić dla drugiego człowieka. Tak jak potrafił zrobić to dla mnie. I całej rzeszy dzieciaków, z którymi pracował. Całej drużyny CRS, która wciąż na każdą przedmeczową rozgrzewkę wybiega w koszulkach z napisami mówiącymi, że NIE ZAPOMNIMY!

W imieniu swoim i wszystkich osób, które myślą o Tobie tak samo jak ja, osób, które dzięki Tobie mogły realizować pasję i stać się nie tylko lepszymi sportowcami, ale także ludźmi, mówię serdeczne dziękuję. Wciąż chcielibyśmy powiedzieć Ci wiele, a jeszcze więcej udowodnić sportowymi czynami. Czuwaj nad nami i dbaj, by każdy z nas pielęgnował swoje sportowe serce i ducha w taki sposób, jaki robilibyśmy pod Twoim okiem i według twoich podpowiedzi.

Minął rok. Zakładając tego bloga obiecałem sobie, że w dniu, gdy upłynie właśnie rok, napiszę ten post. W naszym imieniu. Dla Ciebie. Dziękuję za wszystko, trenerze.

COS OPO Szczyrk - 2009.


3 komentarze:

  1. Piękny memoriał, zapewne niesamowity człowiek!
    Ekipa Footballfan -życzy Tobie Damianie samych sukcesów i by na Twojej drodze zawsze byli dobrzy trenerzy, którzy wyciągną z Ciebie najlepsze i najważniejsze cechy!
    Zapraszamy do wspólnego kibicowania!

    OdpowiedzUsuń
  2. Wzruszający wpis, warto doceniać wartościowych i wielkich duchem ludzi.

    OdpowiedzUsuń